Kuchenna amatorka

To był prawdziwy kuchenny armagedon! Postanowiłam upiec niebiańskie ciasto o wdzięcznej nazwie „Popapraniec”, ale nie wiedziałam, że zacny tytuł określa nie tylko charakterek ciacha, ale również stan kuchni, ubrania i nerwów w trakcie pieczenia! A może to był mój felerny dzień?

Kulinarny koniec świata (a raczej resztek ładu w mojej kuchni) rozpoczął się już na etapie sporządzania półkruchego ciasta na spód. W składnikach było kakao, mak oraz wiórki kokosowe. Byłam nieco oszołomiona taką ilością dodatków już na wstępie, ale cóż, ta nazwa…

Wsypałam wszystko do mokrej masy i hej, ochoczo wymieszałam! W następnym akapicie przepisu doczytałam, że ciasto trzeba było podzielić na trzy części i zmiksować z każdym z dodatków osobno. „Ale kicha!” – zmartwiłam się i podłamana pierwszym niepowodzeniem chciałam przysiąść na taborecie i odsapnąć. Szkoda, że przycupnęłam na kobiałce jajek.

Następnego kwadransa może Wam oszczędzę i przejdę dalej. Otóż pogodziłam się z absolutnym popapraniem ciasta i zajęłam się fantazyjnym wierzchem, którym była m.in. masa karpatkowa. Niestety, podczas jej ucierania mikser (serio, nie mam pojęcia jakim cudem!) wysmyknął mi się z rąk i zaczął pryskać karpatką na wszystkie strony świata! Na szczęście udało mi się mniej więcej opanować tę sytuację i z białą masą we włosach zabrałam się za resztę nadzienia.

Z dżemem porzeczkowym poszło gładko, gdyż wymagał ode mnie jedynie wygrzebania ze słoika. Gorzej było z czekoladową polewą. Postanowiłam przygotować ją samodzielnie, jednak w tej kwestii nie mam jeszcze doświadczenia i pierwsza edycja kakaowego aksamitu skończyła jako… czekoladowy węgiel. Z drugą było już płynniej, posypałam jeszcze ciacho płatkami migdałowymi i skupiłam się na tym, żeby nie spalić całego „Popaprańca”…

Wiecie co? Wyszło absolutnie fantastyczne! Nie pożałowałam tej szalonej roboty, mimo że moja mała kuchnia wyglądała jak istne pobojowisko! Na własnej skórze przekonałam się, że warto eksperymentować i nie można się poddawać nawet w beznadziejnie „spapranej” sytuacji. Nie bójcie się paprać w kuchni – to mój dzisiejszy apel! Artykuły spożywcze zakupiłam przez internet, na stronie www.frisco.pl